Aby jak najwięcej z siebie dać! - Pomia.pl - Portal Pozytywnych Treści
reklama
Witaj, życzymy dobrego dnia, dziś 25 Czerwiec 2019    |    Pamiętaj o życzeniach imieninowych dla: Dorota, Łucja, Wilhelm

Zapraszam do przeczytania wywiadu z Panią Haliną Halszką Więcek - mieszkanką wielokulturowego Sanoka, emerytowaną polonistką, miłośniczką kotów rasy Maine Coon, której czas na emeryturze wypełniają ikony, poezja, działalność charytatywna i ekumeniczna.

Pod koniec drogi zdaj sobie pytanie - byłem człowiekiem?
Z tomiku:
Halina Więcek, Haiku- słowa zebrane

Jest Pani obecnie emerytowanym nauczycielem, ale jak widać na emeryturze nie ma się Pani zamiaru nudzić. Przeciwnie wielość spraw, jakim Pani się poświęca jest imponująca. Proszę opowiedzieć o tym co wypełnia Pani czas?

Nie wiedziałam, że emeryci mogą być tak zapracowani. Nie mam czasu, żeby się nudzić i kiedy spać. Mam sześciu synów, jeden  jest misjonarzem na Białorusi w Mogilewie na zasadzie wolontariatu. Ja, chcąc wspomóc materialnie rodziny, wśród  których on działa, a bieda jest tam ogromna, zastanawiałam się skąd emeryt ma wziąć na to pieniądze. Wymyślałam więc sobie ikonki. Wystawiam je w różnych galeriach w Lesku, Zakopanem, w Lublinie, Przemyślu, Sandomierzu, czasem  na aukcjach na allegro. Za te pieniądze robię paczki dwa razy w miesiącu i wysyłam do różnych rodzin, do których syn podrzuca mi adresy i mówi jakie są potrzeby. Bowiem bieda na Białorusi  jest niewyobrażalna. O niej się nie mówi, ona nie istnieje oficjalnie. Przygotowując paczkę muszę pamiętać o tym, że nie wolno wysyłać żadnych rzeczy patriotycznych ani religijnych, bo to rodzi poważne kłopoty, a paczka byłaby skonfiskowana. Oficjalnie wolno przysyłać maskotki, kosmetyki, odzież, przybory szkolne. Przed wysłaniem muszę wypełnić deklarację w języku rosyjskim i angielskim. Tak naprawdę 80% paczki stanowi żywność trwała: zupy, sosy w proszku, kostki rosołowe, konserwy, kawa, herbata, słodycze... Te paczki są różnorodne i mają z reguły do 20 kilogramów. Wysłałam ich ok. 70.  Przesyłam też pieniądze, niewielkie kwoty. Czasem rodzina ma odłączony prąd i gaz, a w domu są małe dzieci… szczególnie w porze zimowej jest to uciążliwe.

Pragnę tylko wspomnieć, iż zaangażowałam również do pomocy oazę rodzin w sanockiej farze i szkołę SP 1, w której uczyłam.  Odzew był ogromny, bo dostałam dużą ilość głównie używanych, ale dobrych  przyborów szkolnych, zabawek, plecaczków. A  trzeba wiedzieć, że na Białorusi, aby dziecko zostało przyjęte do przedszkola, musi mieć wyprawkę: czyli trzy zmiany odzieży, różnorodne przybory szkolne, pastę, szczoteczkę do zębów, piżamę, stój sportowy… a często rodziców na taki wydatek po prostu nie stać.  Dziecko w przedszkolu ma opiekę, ciepłą żywność, edukację i zabawę. Wtedy, zwłaszcza matka, może pójść do pracy. Kiedyś mój syn zauważył na placu zabaw matkę z dwojgiem dzieci, które miały popodwiązywane  za duże spodnie, po prostu czterolatek był w stroju ośmiolatka. Młoda mama była smutna. Okazało się, że sama jest sierotą, ma mieszkanie socjalne, ale są w nim karaluchy i nie daje sobie rady. Chciała pójść do pracy, ale nie mogła oddać dzieci do przedszkola, bo nie miała tzw. wyprawki przedszkolaka. Zorganizowana pomoc okazałą się skuteczna. Ta kobieta szybko otrzymała paczki, poszła do pracy, a dzieci do przedszkola. Ponadto wolontariusze wyremontowali jej mieszkanie, ponaprawiali sprzęty, pozbyli się karaluchów… ale to taki jeden z wielu przykładów. 

Białorusini to także wspaniali, zaradni i utalentowani  ludzie. Zaprzyjaźniłam się z grupą młodych  poetów.  Ja z synem tłumaczymy ich wiersze z języka rosyjskiego na język polski, a oni tłumaczą moje wiersze na rosyjski. Udało nam się wydać 4 wspólne tomiki poezji, w którym znajdują się wiersze wielu białoruskich poetów.

Jakie były początki ruchu ekumenicznego w Sanoku, którego jest Pani współinicjatorką?

W działalność ekumeniczną zaangażowałam się wiele lat temu. Wspólnie z Marianną Jary (prawosławną Ukrainką i żoną duchownego, która jest z wykształceniem muzykologiem) od 1998 roku oficjalnie organizowałyśmy Spotkania Ekumeniczne. To czego nie udało się zrobić przez dziesiątki lat na tym terenie, udało się dwóm kobietom. Początki były trudne, stopniowo wciągaliśmy w tę działalność duchownych, artystów, wybitne osoby działające w regionie. Spotkania Ekumeniczne zawsze miały część artystyczną, połączoną z koncertami, wystawami, prelekcjami, wykładami itp. oraz część modlitewną, która odbywała się w świątyni. Zapraszałyśmy na nie wiernych i duchownych różnych obrządków: katolików, grekokatolików, prawosławnych, polsko-katolików, zielonoświątkowców, Adwentystów Dnia Siódmego i udało się nie tylko spotkać, poznać, ale i wspólnie modlić o jedność chrześcijan i wzajemny szacunek.  I to był krok w dobrą stronę, bo ludzie zaczęli się poznawać i rozumieć piękno poszczególnych wyznań i obrządków, a przez to patrzeć na siebie życzliwie, skupiając się na tym co nas łączy a nie dzieli.

Spotkania Ekumeniczne obywały się cykliczne, kilka razy w roku, wymagały ogromu serca i zaangażowania. Zwykle  powiązane były ze świętami i uroczystościami kościelnymi. Przyniosły wiele pozytywnych zmian w lokalnej społeczności. Poznane osoby różnych wyznań do dziś utrzymują serdeczne kontakty, pomagają sobie, wysyłają sobie  kartki z życzeniami  z okazji świąt. To co dawniej było nie do pomyślenia, to fakt, że katolicy z szacunkiem przechodzą obok cerkwi, czasem robią znak krzyża. Podobnie zachowują się wierni obrządku wschodniego.  To jest bardzo cenne, bo zrozumiano, że po stronie różnych wyznań są ludzie, dla których ważna jest sprawa szacunku, pojednania i dobrze pojętej tolerancji. 

Czy spotkania te według Pani zaowocowały zakorzenieniem się ruchu ekumenicznego w Sanoku?

Rezultat jest ogromny i widoczny na samym „dole” . Wiedziałyśmy z Marianną, że tego nie da się zrealizować, jeśli ludzie tego nie poczują w zwykłym codziennym życiu i podczas kontaktów sąsiedzkich, w szkole, pracy czy obchodzenia swoich świąt. Teraz nie tylko z ciekawości ludzie biorą udział w nabożeństwach innych obrządków, lecz także  z przekonania, bo zrozumieli, że na wzajemnym szacunku można zbudować więcej dobrego, że jesteśmy jedną rodziną chrześcijańską. Z Marianną Jary organizowałyśmy też cykle ekumenizmu dla młodzieży uczącej się w szkołach różnego typu oraz dla studentów SWZZ. To dało również pozytywny rezultat, wiemy co nas łączy, co różni i że chcemy obok siebie zgodnie żyć. Na „górze” hierarchowie różnych wyznań spotykają się oficjalnie  dla mediów i polityki. Natomiast najważniejsze jest życie to codzienne, sąsiedzkie w małych miasteczkach i wioskach, bo dotyczy zwykłych ludzi. Nasza działalność ekumeniczna nie dotyczy tylko Sanoka, ale też okolicznych miejscowości.

Przejdźmy teraz do Pani artystycznych zainteresowań, również powiązanych z wielokulturowością chrześcijaństwa. Wiem, że zajmuje się Pani pisaniem ikon, proszę opowiedzieć o tej pasji. 

(fot. Agnieszka Michalak)

Jak mówię o ikonach, to mówię z wielką radością i szacunkiem. Poprzez spotkania ekumeniczne i kontakt z obrządkiem wschodnim nauczyłam się patrzeć na ikony inaczej. W ikonach jest głębia, jakieś mistyczne wyobrażenie Boga niewyobrażalnego. Patrząc na ikonę widzę nie tylko (choćby naiwne i nieudolne) dzieło ludzkich rąk, lecz całą głębię wiary i tradycji religijnej. Jestem przekonana, że poprzez  ikonę dotykamy czegoś świętego, co wiedzie do Boga i do czego każdy człowiek dąży. To daje wielką radość serca.

Kiedyś przechodząc na emeryturę chciałam każdego znajomego nauczyciela obdarować ikoną. Kupić kilkadziesiąt ikon jest trudne, więc pomyślałam sobie, że je sama wykonam. Nie chodzi o ty, by ikona była wielka, może być malusieńka,  bo liczy się intencja. Wiem, że obdarowani przeze mnie ludzie bardzo sobie cenią te ikonki i wieszają w ważnych miejscach  swoich mieszkań.  Jest mi z tego powodu bardzo miło. Zauważyłam, że ludzie w Bieszczadach lubią otaczać się nie tylko ikonami z Wizerunkami Maryi, Chrystusa Pantokratora, ale  i aniołami. Daje im to poczucie bezpieczeństwa i opieki oraz pewność, że nic złego im się nie stanie, ponieważ są pod dobrą opieką swego osobistego anioła.

W jaki sposób wykonuje Pani swoje ikony i czy stosuje się Pani do kanonu?

Robię ikony na deseczkach klasycznych – lipowych. czy o przeróżnych kształtach,  nawet na kamieniach zebranych w Dolinie Sanu. Okazuje się, że pięknie przyozdobiony kamień – ikonka może urosnąć do małego prezenciku i czegoś bardzo miłego

Może wspomnę, że ikony sanockich twórców są charakterystyczne dla każdego z nich, każdy w nieco inny sposób tworzy, pisze ikony. Od prawosławnych przyjaciół wiem, że dopóki ikona nie jest poświęcona jest traktowana jako dzieło ludzkie, wyrób artystyczny. Kiedy jest już poświęcona nie może być już  przedmiotem handlu, bo wtedy staje się obrazem jakby religijnym i należy się jej odpowiedni  kult i szacunek. W ikonach zdumiewa mnie to,  że „niegodne” materiały: drewno, kamień, blacha miedziana można  poprzez  artystyczne działania, rzemiosło i modlitwę podnieść się do rangi ikony- świętego obrazu.

Czyje wizerunki lubi Pani najbardziej przedstawiać ?

Najbardziej lubię przedstawiać Maryję i Jezusa w geście Umilenia, czyli przytulenia Matki i Syna policzkami do siebie. Ponadto  lubię też wszelkie Anioły i Archanioły, naszą Matkę Bożą Bieszczadzką, Chrystusa Pogodnego Oblicza. W ikonach przedstawiam również postacie np. świętych „zachodnich”:: Dominika, Franciszka, Antoniego, O. Pio czy Ritę, Agnieszkę, Monikę, Weronikę... Cieszy mnie fakt, iż mój syn na Białorusi odkrył moją patronkę - świętą Halinę, która na wschodzie jest patronką ludzi niepijących.

Czym jest dla Pani ikona?

Ikona dla mnie jest czymś więcej niż obrazem religijnym, bo przez ikonę mogę dotykać czegoś świętego -  jakieś sacrum.. Może to dziwne, ale często rozmawiam z ikonami, lubię „patrzeć” ikonom w oczy i one dają mi poczucie ogromnego bezpieczeństwa i łączności z Bogiem. W domu mam ok. 300 ikon, dominują te małe , nawet miniaturki. Czuję się w śród nich dobrze i radośnie. Często wymieniamy się ikonami. Mam ikony różnych twórców i bardzo je sobie cenię, oczywiście nie są one na sprzedaż.

Jak duże jest zainteresowanie Pani ikonami?

Trudno powiedzieć…. Niedawno miałam miły telefon od pewnego żołnierza z jakiejś misji wojskowej, zamawiał on małe ikonki dla siebie i kolegi. Tradycyjnie dodałam po maleńkiej ikonce św. Michała Archanioła wykonanej na kamieniu. Okazało się, że żołnierze na misjach noszą te małe ikony przy sobie i to im daje poczucie bezpieczeństwa. Gdy czują się zagrożeni to dotykają tej ikonki, wierząc, że im pomoże, ochroni przed złem.

Inną sprawą są galerie czy aukcje charytatywne np. dla hospicjum w Rzeszowie. Ponadto jest spore zapotrzebowanie na małe ikonki patronów, tego typu ikonki wystawiam też wspólnie z przyjaciółką – wspaniałą artystką - Alicją  Stodolak , która maluje cudowne obrazy i pisze ikony. Nasze ikonki są w różnych galeriach. Także szkoły proszą o zorganizowanie wystawy ikon oraz prelekcji na ich temat.  Prezentowane są również na wystawach organizowanych w sanockim Domu Górnika przez Gminę Sanok z okazji świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy. 

Proszę jeszcze opowiedzieć o kolejnej swojej pasji - poezji. Jakie refleksje przekazuje Pani w swoich wierszach, skąd czerpie Pani inspiracje?

Przygoda z poezją i pisaniem trudno mówić, bo to coś osobistego… Od kilku lat pragnę w wierszach coś ująć, wyrazić to co przeżywam. Uprawiam haiku, psalmy, wiersze białe i te rymowane. Mam wydanych 27 tomików, w tym tłumaczenia na język rosyjski, ukraiński i angielski. Poezja daje mi taką samą radość jak ikony, poprzez nią wyrażam siebie, swoje nieustanne odkrywanie, zdumiewanie  i zachwycanie się światem. Dbam o to, by była ona prosta i autentyczna. Im prostsze słowa, nawet te zwyczajne, tym dla mnie lepiej, bo w prostocie widzę piękno. Cieszę się, że moje wiersze czytane są przez wielu ludzi, którzy dają mi miłą relację zwrotną, mówią ,że przy moich wierszach wzruszali się, płakali, więcej zrozumieli. Piszę o zwykłych rzeczach, a moje wiersze są pogodne, zawsze wypływa z nich nadzieja i „coś  więcej”. Może to śmieszne, ale w pisaniu – „pomagają mi moje trzy koty rasy Meine Coon: Fuksja Donek i Blu. Te koty to wspaniałe  istoty przyjazne ludziom, o nich mogłabym mówić godzinami… Nieustannie mnie zdumiewają swoimi uczuciami, mądrością i wiernością i radością życia. Kto ma jakieś kochane stworzenie w domu – na pewno jest, pod każdym względem bogatszy, szczęśliwy i nie ma czasu na nudę.

Co oprócz pasji artystycznych i szeroko pojętej działalności społecznej sprawia Pani satysfakcję? 

Wie pani ja jestem przysłowiową „kobietą pracującą”, czyli matką 6 synów, która całe życie pracowała zawodowo i udzielała się społecznie. Nawet, w którymś tam roku zostałam „Społecznikiem Podkarpacia” – co wspominam z humorem, bo nie o tytuł tu chodzi…

Już kilkanaście lat temu zauważyłam, że kobiety-matki potrzebują wsparcia – nawet tylko dobrym słowem.  Kilka znajomych, będąc w trudnej sytuacji materialnej i spodziewając się kolejnego dziecka szukały u mnie porady. Mówiły, że sobie nie poradzą, bo ciężko, brak mieszkania, teściowa, praca, mąż – czasem  alkohol. Jednak  po rozmowie ze mną decydowały się na urodzenie. Kiedy mówiły czego nie mają, nie potrafią - ja im mówiłam o tym co mają, co zyskują, że dadzą sobie radę, znajdą siłę... zresztą pomagałyśmy sobie w różny sposób. Bo trzeba tu wspomnieć, iż  kilkanaście lat temu rodzinę wielodzietną określano pogardliwym słowem: „dziecioroby”, nie było żadnych przywilejów, a państwo nie było zainteresowane, aby przybywało dzieci, więc pracującym  matkom było bardzo trudno godzić wiele obowiązków.  Minęło trochę czasu. Obecna polityka prorodzinna państwa zmieniła się, a nasze dzieci stały się już dorosłe. Teraz te znajome kobiety są szczęśliwe, że zdecydowały się na urodzenia kolejnego dziecka. Żadna  nie żałuje, że tak wybrała. Mówią, że te dzieci niejako „wydarte śmierci” są najwspanialsze,  dobrze się chowały i stanowią dla nich podporę. Dla tych kobiet byłam jedną z nich, żyłam skromnie, miałam pól tuzina synów,  pracę , sporo kłopotów życiowych i ogrom wiary, że będzie lepiej, że warto. Może w ich oczach  byłam  wiarygodna, dlatego mi zaufały. Dziś razem z nimi – jestem dumna i szczęśliwa, że wspólnie udało nam  się podejmować właściwe decyzje.  I takim sposobem jestem „pierwszą” mamą swoich 6 synów i drugą mamą tych urodzonych  17 dzieci. A to daje radość, poczucie spełnienia. Jest wielką wygraną, bo życie jest dla mnie największą wartością i świętością.

Serdecznie dziękuję za wywiad.

Rozmawiała Agnieszka Michalak

reklama
 
 

© 2011-2015 POMIA.pl Portal Pozytywnych Treści - Wszystkie prawa zastrzeżone